2013/08/08

Letnio. Springrolls z krewetkami, młodymi warzywami, kolendrą i miętą.

Gorąco, prawda? Pamiętam, że jeszcze kilka postów wstecz biadoliłam, że jest zimno, buro, nie do życia. Polskim zwyczajem powinnam teraz narzekać na upały, ale wyłamię się z tej tradycji i powiem wprost - oby taka temperatura trwała tyle, co nasza zima! Ktoś mnie chyba w szpitalu podmienił, bo w przeciwieństwie do reszty rodziny, przepadam za wysokimi temperaturami i palącym słońcem. Znajduję tylko jeden minus takiej tropikalnej aury - nie chce mi się jeść!! Dla jedzeniowego freak'a jak ja, to problem wagi państwowej. Bo jak się jeść nie chce, to i pomysły do głowy nie przychodzą, jak nie ma pomysłów, nie ma gotowania, a bez gotowania... cóż, pozostaje tylko położyć się do trumny :) 

W celu uniknięcia przedwczesnego końca życia, zmusiłam się do myślenia o jedzeniu i zamiast iść na łatwiznę i mechanicznie gotować enty już w tygodniu makaron, ukręciłam springrollsy. Celowo nie używam tu nazwy sajgonki, żeby nie kojarzyły się Wam z często niezbyt dobrymi rolkami od "chińczyka". Te są inne - nie z mielonym mięsem, nie smażone, lecz orzeźwiające, lekko orientalne, letnie w temperaturze i smaku. Podane z wyrazistym sosem mogą być super przystawką (np. do tego łososia) albo lekkim posiłkiem, idealnym na upały.


Springrolls z krewetkami, warzywami, makaronem, kolendrą i miętą 

Składniki (na 8 sporych sztuk):

  • 8 arkuszy papieru ryżowego (miałam kwadraty o boku 22 cm)
  • 24 krewetki black tiger
  • sok z połowy limonki
  • 1/2 papryczki chilli
  • 70 g makaronu ryżowego lub sojowego (vermicelli, czyli cieniutkie nitki)
  • 2 małe marchewki
  • 1 mała cukinia
  • 2 łyżki octu ryżowego
  • 2 łyżeczki brązowego cukru 
  • 1/2 ząbka czosnku
  • kilka kropel oleju sezamowego
  • sok z połowy limonki
  • po kilka listków kolendry i mięty na każdą rolkę

Sos do maczania rolek - możecie użyć kupnego sosu do sajgonek lub sosu sweet chilli. Ja "stuningowałam" gotowy sos sweet chilli, dodając do niego nieco startego imbiru, 
octu ryżowego, kilka kropel sosu rybnego i sojowego. 

Sposób wykonania:
1. Warzywa: Obrane marchewki pokrój w julienne (czyli słupki długości i grubości zapałki). To samo zrób z cukinią (krój ją ze skórką). Cukinię podsmaż przez minutkę na patelni z kropelką oliwy, tyle tylko, by lekko zmiękła, jednak była jędrna i chrupka. Wymieszaj w jednym naczyniu marchewkę z cukinią i zalej marynatą z octu ryżowego, brązowego cukru, soku z limonki, posiekanej połowy ząbka czosnku i kilku kropel oleju sezamowego. Odstaw na kilkanaście minut.
2. Krewetki: w zależności, czy używasz świeżych, mrożonych, gotowanych, czy nie - przygotuj je tak, aby były gotowe do zamarynowania i usmażenia - rozmróź, obierz łącznie z ogonkami, następnie skrop je sokiem z połowy limonki, posyp posiekanym chilli, lekko posól. Odstaw na kilka minut, po czym obsmaż 2-3 minuty (surowe dłużej).
3. Makaron: przygotuj makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu (najczęściej sprowadza się to do zalania wrzącą wodą, odczekaniu jakiegoś czasu, aż będzie gotowy i odcedzeniu). 
4. Przygotowanie rolek: arkusz papieru ryżowego zwilż wodą (ja wkładam na kilka sekund do miski z wodą), rozłóż na równej powierzchni. Na środek arkusza połóż po 3 krewetki, na nie garstkę makaronu, część warzyw, kolendrę, miętę i zawiń na zasadzie koperty - dolna część papieru ląduje na nadzieniu, boki złóż do środka i zwiń rolkę, uciskając lekko nadzienie, aby nie wypadło. Pierwszy springroll może nie wyjść, ale myślę, że szybko złapiesz, o co chodzi w całym zwijaniu i ani się spostrzeżesz, a przed Tobą wyrośnie górka pięknych rolek, które tylko czekają, żeby zanurzyć je w sosie i pochłonąć :)


2013/08/02

Słodkie lenistwo. Łosoś z letnią salsą z nektarynek na kaszy jaglanej.

Przyznaję bez bicia, leń ze mnie straszny!! Nie było mnie tu miesiąc nie z powodu wakacyjnych wyjazdów, wypadków, choroby, remontu... nic z tych rzeczy. Zrobiłam sobie miesiąc odpoczynku od wszystkiego - od "zajęć popracowych" (języki, sporty i takie tam) po blogowanie. I wiecie co? Było mi cudnie! To wcale nie znaczy, że nie gotowałam, ba, spędziłam w kuchni nawet więcej czasu niż zazwyczaj, szalejąc z sezonowymi składnikami, od bogactwa których aż boli głowa (i przy okazji ręce od ich dźwigania - jeszcze nie dorobiłam się wymarzonego wózka na zakupy :/). A kiedy już coś ugotowałam, nie myślałam, czy aby będzie światło do zdjęć, jakie szmatki wyciągnąć, żeby anturaż był jako taki, a co najważniejsze, goście czy mój K. mogli jeść od razu po postawieniu jedzenia na stole, nie czekając z wywieszonym językiem (i często nienawiścią w oczach :), aż skończę ceregiele stylizacyjno-fotograficzne. Do tego w upał, jaki panuje teraz, nie ma nic fajniejszego, niż zrobić sobie michę makaronu, rozsiąść się na kanapie z nogami na stoliku (micha ląduje wtedy na kolanach) i bez spiny obejrzeć serial czy poczytać książkę.  Naprawdę, podziwiam ludzi, którzy potrafią obfocić (i do tego jeszcze pięknie!) prawie każdą potrawę, jaką przyrządzą. Jeśli jest na to jakiś patent, to bardzo proszę o jego zdradzenie :)

Jednak nawet błogie lenistwo może się znudzić i nie minęła chwila, a zatęskniłam za zamieszczaniem nowych postów. Kurczę, to naprawdę ekstra uczucie, kiedy można pochwalić się swoim dziełem nie tylko znajomym (którzy jedzą), ale też z innym (którzy smakują wirtualnie), szczególnie, jeśli wiesz, że to, co podałeś(aś) jest naprawdę dobre. Tak właśnie było z poniższym łososiem. Kiedy zrobiłam salsę (tworząc ją spontanicznie i intuicyjnie) stwierdziłam, że jest tak kolorowa, a przy tym pyszna, że aż grzech nie zrobić jej zdjęcia, nawet jeśli miałoby być byle jakie i wykonane telefonem. Łosoś na kaszy z salsą też był ładny. A jaki dobry, jezu!! Więc cyk. Poszło. Jest fota. I ruszyła machina. Będzie spina, będzie zgrzytanie zębów gości (i moich!), ale będzie też radocha i szczęście :)


Danie idealne na letni obiad czy kolację, do tego łatwe i błyskawiczne. Wystarczy posiekać składniki na salsę, upiec łososia (możecie go też zgrillować lub usmażyć - pełna dowolność) i ugotować kaszę. Pysznie soczysta i wyrazista salsa idealnie współgra z łososiem i delikatną kaszą.  

 Łosoś z kolorową salsą z nektarynek na kaszy jaglanej

Składniki (proporcje na 4 porcje):

Salsa:

  • 2 spore soczyste i jędrne nektarynki
  • 1 mała czerwona cebula
  • kilka pomidorków koktajlowych lub 1 średni mięsisty pomidor
  • pół papryczki chilli
  • 2-3 łyżki listków kolendry
  • 2 łyżki soku z pomarańczy
  • 2 łyżeczki soku z limonki
  • 2 łyżeczki octu z sherry
  • 1 łyżeczka syropu klonowego

Łosoś:
  • 4 filety z łososia po ok. 200 g
  • 3 łyżki soku z pomarańczy
  • sok z połowy limonki
  • 1,5 łyżki ciemnego sosu sojowego
  • 1 łyżka syropu klonowego
  • szczypta papryki cayenne
Dodatki:

  • 1 szklanka kaszy jaglanej


Sposób wykonania:
1. Przygotuj salsę: pokrój w drobną kostkę nektarynki, cebulę, pomidory (sam miąższ, pestki wyrzuć), dodaj posiekane chilli, wlej sok z pomarańczy, limonki, ocet i syrop klonowy (można go pominąć, sok z limonki można zastąpić sokiem z cytryny). Dodaj posiekane listki kolendry. Wymieszaj wszystko i włóż na pół godziny do lodówki. Wyjmij salsę kiedy włożysz łososia do pieca.

2. Przygotuj łososia: wymieszaj sok z pomarańczy i limonki, sos sojowy, syrop klonowy, paprykę cayenne. Umyte i pozbawione ości filety włóż do pojemnika i zalej przygotowaną marynatą. Odstaw do lodówki na pół godziny.

3. Przygotuj kaszę: przepłucz kaszę pod bieżącą wodą. Zagotuj 2 szklanki wody, wrzuć do niej kaszę i gotuj około 20 minut pod przykryciem od czasu do czasu mieszając. Kasza powinna wchłonąć całą wodę. Ugotowaną kaszę posól do smaku.

4. W czasie, kiedy kasza się gotuje, rozgrzej piekarnik do 210 st. C (jeśli posiadasz funkcję grill, skorzystaj z niej). Łososia rozłóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, polej marynatą i wstaw do nagrzanego piekarnika na 10-12 minut. 

5. Na talerzu połóż porcję kaszy, na niej upieczonego łososia i rozłóż salsę.


2013/07/08

Tarta "Tatin" z morelami, limoncello i lawendą.

Tym razem z Kleparza przytargałam siatkę moreli. Miały być na dżem, ale "kilka" się po drodze zjadło, a kiedy już dojechałam do domu, stwierdziłam, że nie chce mi się stać pół dnia przy garze, za to chętnie zjadłabym coś słodkiego. Owoce na targu będą nie raz, nie dwa, więc weki nie uciekną, a zaniedbanie swoich potrzeb, wiadomo nie od dziś, może pociągnąć za sobą katastrofalne skutki ;) Tak oto z dżemu w zamyśle powstała tarta w realu. Z morelami, limoncello i lawendą. Robiona jak Tarte Tatin, czyli z karmelizowanymi owocami, przygotowywana na patelni i na patelni pieczona, potem tylko sprytnie przerzucona do góry nogami na talerz. Ślicznie wygląda, a do tego jest pyszna!


Tarta z morelami to wariacja na temat Tarte Tatin, którą tradycyjnie przygotowuje się z jabłek. Moją Tatin robię właśnie z tego przepisu, zwiększam tylko ilość karmelu (180 g cukru i 90 g masła) i owoców, zamiast limoncello dodaję calvados (musicie spróbować, bo podkreśla smak jabłek jak mało co!) i oczywiście rezygnuję z lawendy. 

Wersja morelowa też jest ekstra - bardziej letnia, soczysta, lawenda subtelnie perfumuje morele, a limoncello wyrównuje słodycz i dodaje świeżości. Jednak głównym bohaterem tarty jest ciasto - superkruche, trochę listkujące, wszystko za sprawą dodatku wódki i zastąpienia części masła utwardzonym tłuszczem roślinnym. Brzmi dziwnie? Wierzcie mi, nie ma się czego bać, myślę, że jeśli je zrobicie, będziecie często do niego wracać:) Przepis na nie ukazał się parę lat temu w Cook's Illustrated, przewinął się przez kilka znanych blogów, zbierając świetne recenzje (m.in. w The Kitchn), więc i ja postanowiłam sprawdzić, na ile te "ochy i achy" są zasadne. I są w 100%! Ciasto robiłam już wielokrotnie, jest moim niezbędnikiem właśnie przy Tarte Tatin i jej odmianach. I choć wódkę piję rzadko (już nie te lata ;), to TO ciasto sprawiło, że zawsze w zamrażalniku leży sobie zmrożona butelczyna :)


Tarta z morelami, limoncello i lawendą

Składniki (proporcje na patelnię o średnicy 26-28 cm):

Kruche ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 110 g zimnego masła
  • 25 g stałego tłuszczu roślinnego (np. Planty)
  • 40 ml lodowatej wody
  • 40 ml zimnej wódki
Mąkę przesiej do miski, dodaj cukier, sól, posiekane zimne masło i tłuszcz roślinny, rozetrzyj szybko palcami, aby powstała drobna kruszonka. Dolej wodę i wódkę i szybko zarób gładkie i miękkie ciasto. Uformuj z ciasta kulę, a następnie spłaszcz, zawiń w folię spożywczą i schowaj do lodówki na minimum 40-60 minut.

Karmel i morele:
  • 600-800 g moreli
  • 70 g masła
  • 140 g cukru
  • chlust limoncello (przepis na pyszne domowe tu)
  • 1 łyżeczka suszonej lawendy (jadalnej!)
Morele umyj, przekrój, wypestkuj i odłóż na bok. Na patelni, w której będzie pieczona tarta (najlepsza z odczepianą lub metalową rączką, jeśli Twoja ma plastikową, to przed włożeniem do piekarnika owiń ją kilkoma warstwami folii aluminiowej) rozpuść na średnim ogniu masło. Do rozpuszczonego tłuszczu dodaj cukier i podgrzewaj wszystko często mieszając do momentu, aż cukier się rozpuści i nabierze ciemnozłotego koloru (potrwa to około 10 minut, karmelizuj cukier na średnim ogniu, gdyż przy wysokiej temperaturze łatwo go spalić). Kiedy karmel jest gotowy, wrzuć do niego połówki moreli (uwaga, może pryskać!), wlej limoncello i delikatnie wymieszaj tak, aby karmel pokrył wszystkie owoce. Nie przejmuj się grudkami, podczas pieczenia rozpuszczą się. Smaż morele około 4-3 minuty uważając, żeby się nie rozpadły. Po tym czasie wyłącz kuchenkę, oprósz morele lawendą i ułóż je równomiernie na patelni skórką do góry, ostudź.


Wyjmij z lodówki schłodzone ciasto i rozwałkuj je między dwoma kawałkami folii spożywczej na płat trochę większy, niż powierzchnia patelni. Ciastem przykryj owoce na patelni, brzegi wciśnij pod owoce. Nakłuj ciasto gęsto widelcem i włóż do piekarnika nagrzanego do 190 st. C na 30-40 minut (aż będzie złote). 

Po upieczeniu odczekaj około pół godziny, aż tarta lekko przestygnie. Przykryj patelnię dużym, płaskim talerzem i zdecydowanym ruchem odwróć patelnię z talerzem do góry nogami - ciasto, którym były przykryte morele, będzie na spodzie, a owoce na górze. Tarta z morelami najlepiej smakuje na ciepło (choć zimna też daje radę :), do tego kulka lodów waniliowych, kleks bitej śmietany czy crème fraîche i boski deser gotowy!




2013/07/02

Zaległości. Bakłażany z szermulą i ziołowym bulgurem.

Nie wiem, jak to się stało, że nie zamieściłam do tej pory żadnego przepisu z Jerusalem. Właściwie, to nie pojmuję, dlaczego publikuję tak mało przepisów z książek kucharskich, których jednak trochę kupuję. Chociaż... no tak, kupowanie kupowaniem, ale muszę się przyznać, że rzadko otwieram książkę kucharską, wynajduję recepturę i realizuję ją kropka w kropkę. Gromadzę książki, bo uwielbiam je czytać, oglądać piękne zdjęcia, przenosić się do innych krajów, kuchni, smaków, zapachów, a nade wszystko... szukać inspiracji do dań, które z podstawowym przepisem mają często mało wspólnego - wybieram z niego formę czy kilka składników, a resztę uzupełniam moją fantazją, innym przepisem, albo po prostu dopasowuję go do zawartości lodówki. Jestem typową zosią-samosią, uważam, że wiem wszystko najlepiej (co często obraca się przeciwko mnie:) i z reguły jestem zdania, że przepisom wiele brakuje. Dlatego je zmieniam, dosypuję tego czy tamtego, modyfikuję proporcje. Od tej procedury jest jednak wyjątek - przepisy Yotama Ottolenghi.

Jestem wielką fanką tego kucharza izraelskiego pochodzenia. Jego przepisy to smaki kuchni bliskowschodniej ze współczesnym sznytem. Połączenia proponowane przez Yotama, mimo swojej prostoty, są zawsze zaskakujące, bogate i... pełne. Tak, myślę, że to dobre słowo - jego przepisom nic nie brakuje, każdy składnik gra swoją rolę w idealnej kompozycji. Jerusalem napisana wraz z Sami Tamimi to najcenniejsza książka w moim zbiorze. Najcenniejsza, bo nie dość, że pięknie wydana, zawiera cudne zdjęcia i można ją czytać prawie jak powieść, to mieści w sobie morze świetnych przepisów. Gotuję z niej od roku i jeszcze się nie zawiodłam. I nie przerobiłam też wszystkich potraw :)

Dziś nadrabiam zaległości i dzielę się z Wami przepisem na bakłażany z szermulą, sałatką z bulguru i jogurtem. Szermula (chermoula) to rodzaj aromatycznej marynaty używanej w krajach Maghrebu. Jeśli nie macie bulguru, możecie go zastąpić quinoą lub kuskusem, choć warto trzymać się oryginalnego przepisu. A przepis typowy dla Yotama - mnóstwo ziół, mnóstwo przypraw, kasza, warzywa... czego chcieć więcej? ;)


Bakłażany z szermulą i ziołowym bulgurem. (Chermoula aubergine with bulgar & yoghurt).
Źródło przepisu: Jerusalem, Yotam Ottolenghi, Sami Tamimi

Składniki (proporcje na 4 porcje lub 2, jeśli ma to być danie główne):

  • 2 średnie bakłażany
Szermula:
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki mielonej kolendry
  • 2 łyżeczki mielonego kuminu
  • 1 łyżeczka płatków chili
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 2 łyżki drobno posiekanej skórki kiszonej cytryny (przepis na cytryny tu)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 95 ml oliwy z oliwek
Ziołowy bulgur:
  • 100 g kaszki bulgur (w oryginale 150 g, ale mi sporo zostało)
  • 50 g rodzynek 
  • 2 czubate łyżki posiekanej kolendry
  • 2 czubate łyżki posiekanej mięty
  • 3 posiekane cebulki dymki (biała i zielona część)
  • 50 g posiekanych zielonych oliwek
  • 30 g płatków migdałowych, podprażonych 
  • 1 1/2 łyżki soku z cytryny
  • 45 ml oliwy z oliwek
  • sól
Dodatki:
  • 6-8 łyżek jogurtu greckiego
  • oliwa
  • kolendra do przybrania


Sposób wykonania:
1. Przygotuj szermulę: wymieszaj w miseczce kolendrę, kumin, chili, paprykę, sól, posiekaną skórkę z kiszonej cytryny i oliwę.
2. Umyte bakłażany przekrój wzdłuż na połowę. Ponacinaj miąższ w kratkę, uważając, żeby nie przeciąć skórki. Natrzyj każdą połówkę przygotowaną szermulą. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 180 st. C i piecz bakłażany do miękkości (około 40 minut).
3. Przygotuj bulgur: w czasie, kiedy bakłażany się pieką, ugotuj bulgur na sypko zgodnie z przepisem na opakowaniu (drobniejszy można zalać wrzątkiem i poczekać, aż kaszka wchłonie płyn, grubszy gotuje się około 10 minut). Namocz w gorącej wodzie rodzynki, odcedź i dodaj do bulguru wraz z kolendrą, miętą, dymką, oliwkami, płatkami migdałowymi, sokiem z cytryny, oliwą. Wymieszaj dobrze i dosól, jeśli uznasz to za konieczne.
4. Serwuj bakłażany ciepłe lub w temperaturze pokojowej. Na każdej upieczonej połówce ułóż bulgur z ziołami, polej jogurtem, posyp listkami kolendry i skrop oliwą. I to wszystko :)


2013/06/28

Okazja. Quiche z łososiem, szpinakiem i ricottą.

 - Pani patrzy, jaki piękny! A jaki dorodny, nigdzie Pani takiego ładnego, świeżutkiego, kruchutkiego nie dostanie, tylko u mnie! Pani weźmie, nooo... zdrowie samo, zaraz się skończy i będzie Pani żałować, że Pani nie kupiła. 
 - Eeee... nie wiem, ja mam proszę Pana już lodówkę całą zapchaną, a to taka wielka siata... gdzie ja to pomieszczę? Wezmę tylko szczypiorek. 
 - A! Głupoty Pani gada, zje się samo, żadnego miejsca nie potrzeba! Pani patrzy, wszyscy biorą, zaraz nie będzie! Co Pani, na szczypiorku chce Pani przeżyć?
 - No coś tam jeszcze mam oprócz tego szczypiorku... nie wiem sama... może innym razem. Ale tak z ciekawości: po ile Pan ma to cudo?
 - Kochana, 2 złote, jak za darmo!
 - Ile??!! Dwa?? A to poproszę. Oj, ładny, faktycznie. To w sumie... a, niech stracę, daj mi Pan dwa te szpinaczki, no przecież grzech nie wziąć. A do lodówki się upchnie jakoś.
 - Ech, no mówiłem. 4 złote się należy. Ten szczypiorek to ma Pani ode mnie gratis.

Takim sposobem przytaszczyłam do domu 2 wielkie torby szpinaku, którego faktycznie nie było gdzie schować. Właściwie tak kończą się każde zakupy na Kleparzu (znany plac targowy w centrum Krakowa) - mimo skrupulatnie przygotowanej listy, mimo starannie opracowanej strategii, zawsze wymiękam i zamiast elegancko, z jedną torebeczką, wychodzę z targu niczym wół pociągowy - obładowana siatkami, torbami, z plecakiem na ramionach, zgięta wpół, sapiąca. W takim stanie wlokę się do autobusu i jadę z moimi warzywno-owocowymi zdobyczami pół miasta. Kiedy już doczołguję się do domu, zarzekam się, że to był ostatni raz, po czym... przychodzi kolejna sobota i kolejny raz biję rekord w ilości i wadze zakupów, jaką może przenieść kobieta. Głupota, pomyślicie. No tak, zgodzę się, rozsądne to nie jest, ale chyba jestem od tych zakupów uzależniona :) Po powrocie oglądam te moje szpinaczki, pomidorki, piękne truskaweczki i jestem zwyczajnie szczęśliwa i dumna. A problem przeładowania postanowiłam rozwiązać przez nabycie wózka na zakupy - będzie w końcu elegancko, a i napakować do takiego ustrojstwa będzie można z 10 kilo więcej, niż dam radę przenieść w rękach. To dopiero będzie szał!

Wracając do "szpinaczku" - upakowałam go w końcu do zamrażarki i bardzo byłam z tego okazyjnego zakupu zadowolona, bo przydał się w sytuacji kryzysowej, czyli chorobowo-pustkowej (po polsku: leżę chora w domu, pójść na zakupy nie ma jak, w lodówce resztki, a jeść się chce). Wykorzystałam go dość sporo w quiche'u z łososiem i ricottą. Przepis nie jest odkrywczy, to po prostu smaczny, ciepły posiłek, który można zjeść na kolację, wziąć do pracy, przekąsić na zimno, słowem, klasyczny przykład comfort food. Polecam, jeśli nie chce się Wam tworzyć wymyślnych potraw, gwarantuję, że będzie smakować!


Quiche z łososiem, szpinakiem i ricottą

Składniki (na formę o średnicy 26-27 cm):

Kruchy spód:
  • 220 g mąki pszennej
  • 110 g zimnego masła
  • pół łyżeczki soli
  • 3-4 łyżki lodowatej wody

Nadzienie: 
  • 200 g świeżego łososia
  • 100 g wędzonego łososia
  • 400 g liści szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 szczypty suszonego oregano
  • szczypta startej gałki muszkatołowej
  • 250 g ricotty
  • 3 jajka
  • 200 g kwaśnej śmietany 12-18%
  • 50 g słodkiej śmietanki 18-30%
  • sól, pieprz, płatki chili

Sposób wykonania:
1. Przygotuj spód: ręcznie lub za pomocą malaksera (polecam, najlepszy i najszybszy sposób na zrobienie kruchego ciasta!) wymieszaj mąkę, sól i posiekane na małe kawałki zimne masło, szybko rozetrzyj, aby powstała drobna kruszonka. Dodaj tyle zimnej wody, żeby zagnieść jednolite i elastyczne ciasto. Z ciasta uformuj kulę, którą następnie rozpłaszcz na placek, zawiń w folię spożywczą i schłódź w lodówce przez co najmniej 30-40 minut. Po tym czasie rozwałkuj ciasto pomiędzy dwoma kawałkami folii (tak jest dużo łatwiej i nic się nie przykleja) na płat o powierzchni trochę większej, niż foremka, w której będziesz piec. Wyłóż formę ciastem, odkrawając wałkiem ewentualny nadmiar ciasta. Nakłuj ciasto gęsto widelcem. Wstaw do piekarnika nagrzanego do 190 st. C i podpiecz ciasto - zajmie to 20-25 minut.

2. Przygotuj łososia: świeżego łososia lekko posól, popieprz, skrop sokiem z cytryny i upiecz (na przykład podczas podpiekania spodu) lub ugotuj na parze tak, aby nie był surowy, ale też nie suchy. Mięso łososia podziel na mniejsze kawałki i przełóż do miski. Dodaj do niego posiekanego wędzonego łososia, wymieszaj delikatnie.

3. Przygotuj szpinak: umyj dokładnie liście szpinaku, poszarp je na mniejsze kawałki (jeśli używasz baby szpinaku, nie musisz tego robić). Na patelnię wlej oliwę. Obierz czosnek i pokrój go na cieniutkie plasterki, po czym przełóż na patelnię z tłuszczem. Dopiero teraz zacznij rozgrzewać patelnię, uważając, żeby nie przypalić czosnku. Po kilku chwilach dodaj szpinak i podsmażaj go, aż straci objętość i wyparuje z niego większość wody (powinno to zająć około 7-10 minut). Kiedy szpinak jest już prawie gotowy, przypraw go solą, pieprzem, gałką muszkatołową i szczyptą suszonego oregano.

4. Przełóż szpinak do łososia, dodaj ricottę i wymieszaj wszystko delikatnie.
5. W osobnym naczyniu wymieszaj jajka, śmietanę, śmietankę, dodaj trochę soli i pieprzu.
6. Na podpieczony spód wyłóż łososia ze szpinakiem i ricottą, rozłóż równo na cieście, następnie zalej wszystko jajkami ze śmietaną. Możesz delikatnie wszystko przemieszać, żeby śmietanowo-jajeczna mieszanina dotarła do wszystkich zakamarków i dobrze zespoliła się z resztą nadzienia. 
7. Wierzch quiche'a posyp płatkami chili.
8. Włóż quiche'a do piekarnika nagrzanego do 180 st. C i piecz 30-40 minut, do chwili, aż wierzch się zetnie i ładnie zezłoci.



2013/06/19

W biegu. Menu na Najedzeni Fest!


Kochani, dziś krótko i na temat. Zapowiadałam, że pojawi się menu, z jakim wystąpię na Najedzeni Fest! (przypominam - 23 czerwca, Forum Przestrzenie w Krakowie) i wywiązuję się z obietnicy.

Postawiłam w tej edycji na Francję. Chłopak pół-Francuz, rok nauki języka francuskiego, podróże do Francji - wszystko to zobowiązuje, prawda? :) Z tego, co wiem, nie tylko ja będę przedstawiać francuskie specjały, choć mam nadzieję, że nie zdublujemy się z repertuarem i będziecie mogli odbyć kulinarną podróż po całej Francji.
Ale, do rzeczy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem (czyli wyrobię się czasowo i dania wyjdą tak, jak powinny), na moim stoisku znajdziecie:

  -  croissanty z konfiturą (trzy do wyboru: mirabelka, malina, truskawka z wanilią)
  -  rillettes z łososia na razowym chlebie (chleby piekę sama)
  -  parfait z wątróbek z confit d'oignons na opiekanym pszennym chlebie
  -  quiche z bekonem, jabłkiem i serem
  -  tartiflette podawana z sałatą
 -  tagine z ciecierzycą, warzywami i kiszonymi cytrynami podany chlebkiem khobz eddar (tu ukłon w              stronę licznych imigrantów z Maghrebu)
  -  tarte tatin z creme anglaise
  -  eklery z kremem tymiankowym i truskawkami
  -  tartaletki czekoladowe z karmelem i fleur de sel

Szukajcie stoliczka z obrusem w biało-czerwoną kratkę i zdenerwowanej dziewczyny za nim - to będę ja :) Trzymajcie za mnie kciuki! Ja uciekam już do kuchni i rozpoczynam przygotowania.

Do zobaczenia!!


2013/06/17

100% cytryny w cytrynie. Limoncello i kiszone cytryny.

Nie wiem, co było pierwsze - pomysł czy Miejsce.* To znaczy Miejsce istnieje dość długo i pod tym względem pomysł na pewno był później, ale nie o takie kryterium chodzi. Bo na myśli mam limoncello. Pyszne, cytrynowe, słodkie, ale też mocne, orzeźwiające, na lato idealne. Nie pamiętam, czy z K. wpadliśmy na pomysł, żeby je zrobić i sprawdzaliśmy organoleptycznie w Miejscu, jakie być powinno, czy może dopiero po spróbowaniu kieliszeczka likieru w Miejscu, postanowiliśmy zrobić je metodą chałupniczą. Cóż, nieistotne. Bądź co bądź limoncello w Miejscu jest ekstra, bo nie żadne kupne, ale domowe, rozlewane z pięknej butelki. Tylko cena trochę wysoka, zwłaszcza, że kto by tam pił tylko jeden kieliszek? Skoro jednak w knajpie potrafią zrobić ten włoski likier, to chyba nie może to być megatrudne, prawda? Pełni wiary we własne umiejętności, poczyniliśmy zakup pięknych eko cytrynek (można je dostać np. w Lidlu, pakowane po pół kilo, w bardzo miłej cenie :), spirytusu, przejrzeliśmy receptury (w tym przepis Bartka, który prowadzi Miejsce - klik) i zabraliśmy się za produkcję. Jak wyszło? Rewelacyjnie! Zrobienie domowego limoncello jest dziecinnie proste, jedyna trudność to... czekanie minimum dwa tygodnie na efekt końcowy :)

Ale, to nie wszystko. Do wyrobu likieru używa się tylko skórek, więc jeśli nie mamy w planach wypicia hektolitrów lemoniady, zostajemy z górą gołych cytryn. Jak je wykorzystać? Gorąco zachęcam do kupienia kilograma owoców więcej (podczas zakupów "limoncellowych") i zrobienia kiszonych cytryn. Przepis woła o dużo cytrynowego soku, więc nic się nie zmarnuje. A kiszone cytryny to podstawa dobrego tagine, czy mnóstwa potraw indyjskich i bliskowschodnich, o 180 stopni zmieniają smak dania, do tego ich przygotowanie jest banalne. 

Jak już cisnąć cytryny, to na maksa, do ostatniej kropli, a nawet pestki. Robicie owocowe przetwory? Jeśli tak, to polecam zbierać pesteczki, które wkładamy później do szczelnie zawiniętego woreczka z gazy i wrzucamy do gara podczas smażenia owoców na dżemy i konfitury. Pestki zawierają bowiem pektyny, dzięki którym nasz dżemik jest gęsty, żadne fixy i inne cuda nie są potrzebne.

I co, da się wycisnąć z cytryn wszystko? Ano, da się. 

* mieszkańcy i bywalcy Krakowa zapewne wiedzą, o jakim Miejscu mowa, dla nietutejszych małe objaśnienie - jest taka knajpka na krakowskim Kazimierzu, która zowie się wdzięcznie Miejsce. Miejsce Bar :)
** zdjęcia były robione telefonem, więc są, jakie są :)


Limoncello
z podanych proporcji wychodzi około 1,3 litra likieru

Składniki:
  • 8-10 niewoskowanych, ładnych cytryn
  • 0,5 litra spirytusu
  • 0,5 litra wody
  • 350 g cukru
Sposób wykonania:
1. Cytryny dokładnie umyj, wysusz. 
2. Ostrym nożykiem lub dobrą obieraczką obierz cieniutko cytryny tak, żeby otrzymać skrawki żółtej skórki bez albedo, czyli białej części. Obrane cytryny możesz wykorzystać do kolejnego przepisu, czyli do kiszonych cytryn.
3. Skórki wrzuć do słoika i zalej spirytusem, odstaw na tydzień.
4. Po 7 dniach skórki odcedź i wrzuć. Zobaczysz, że alkohol wyciągnął z nich wszystko, co mógł - będą białe i sztywne, zupełnie niecytrynowe.
5. Zrób syrop cukrowy - w garnuszku podgrzewaj wodę z cukrem do momentu, aż ten całkowicie się rozpuści, ostudź.
6. Do spirytusu wlej syrop. Warto ten moment obserwować, bo podczas wlewania wody, przejrzyście żółty alkohol fajnie mętnieje :)
7. Likier przelej do butelek i odstaw do lodówki na tydzień, żeby wszystko się  przegryzło. Po tym czasie spróbuj - może się zdarzyć, że będzie za ostry lub za mało słodki - można więc dodać do niego wody lub trochę syropu cukrowego (oczywiście zrobionego z mniejszej ilości cukru i wody).
8. Schowaj butelki w miejsce niedostępne dla osób postronnych, w innym przypadku likier na długo nie starczy :)
9. Gotowe limoncello pij mocno schłodzone.


Kiszone cytryny

Składniki:
  • 6-8 niewoskowanych cytryn
  • po 1 łyżce soli morskiej na cytrynę
  • sok z 6-8 cytryn (najlepiej z cytryn, które zostały po wyrobie limoncello)
  • 100-150 ml oliwy
Sposób wykonania:
1. Cytryny dokładnie umyj, wysusz.
2. Każdą cytrynę natnij na krzyż od wierzchołka ku dołowi, ale nie przecinając ich do końca -  nóż ma się zatrzymać około 2 cm przed "dupką". W ten sposób cytryna jest rozcięta na ćwiartki, jednak nie rozpada się.
3. Rozchyl delikatnie każdy owoc i wsyp do niego łyżkę soli, po czym zamknij i włóż do sporego, wyparzonego słoja (ja mam 2-litrowy). Dokładając kolejno cytryny, staraj się je jak najściślej upychać w słoju, nie martw się, że sok będzie wyciekał czy cytryny się zniekształcą - właśnie o to chodzi :)
4. Kiedy upakujesz w słoiku wszystkie cytryny, zalej je cytrynowym sokiem, aby całkowicie je przykryć. 
5. Na koniec wlej oliwę, zamknij słój i odstaw w chłodne miejsce na minimum 2-3 tygodnie (od czasu do czasu dobrze jest słoikiem potrząsnąć). Oczywiście, cytryny im starsze, tym lepsze, bo bardziej aromatyczne.



2013/06/14

Fest impreza w Krakowie. Najedzeni Fest!


Kochani! Jeśli nie macie planów na niedzielę, 23 czerwca, i jesteście z Krakowa lub okolic, albo będziecie w pobliżu, to zgarnijcie dzieci, znajomych, rodzinę i koniecznie przyjdźcie do Forum Przestrzenie na pierwszą edycję festiwalu kulinarnego Najedzeni Fest!

Festiwal powstał z inicjatywy trzech dziewczyn czynnie działających w krakowskim światku kulinarnym (i nie tylko!) - Magdy Wójcik, Zosi Barto i Kasi Pi Pilitowskiej - i ma na celu połączyć wszystkich, którzy kochają gotować, pasjonują się kuchennymi tematami, a także tych, którzy lubią dobrze zjeść. Będzie okazja do spotkania, dyskusji, dowiedzenia się czegoś nowego nie tylko o kuchni, a przede wszystkim do skosztowania przeróżnych potraw za symboliczne pieniądze. Prawda, że ekstra?!

W jednym miejscu, w jednym czasie, swoje popisowe potrawy, przetwory, smaki, umiejętności i projekty zaprezentują nie tylko liczne restauracje, bary i miejsca z jedzeniem, ale też amatorzy i blogerzy. I wśród nich, drodzy moi, będę JA!! Dlatego tym goręcej zapraszam do przybycia - będzie mi ogromnie miło Was spotkać, poznać i ugościć przygotowanym przeze mnie jedzeniem. Szczegóły dotyczące serwowanych przeze mnie potraw podam za kilka dni, zdradzę tylko, że będzie po francusku :) Stay tuned!!

Informacje na temat Najedzeni Fest!
strona www: najedzenifest.pl



2013/06/12

Mów do mnie czule. Ciemny żytni chleb śląski.

Dziś chlebowy debiut na blogu - przedstawiam Wam jeden z ładniejszych bochenków, jakie udało mi się upiec (no dobra, po prostu nie miałam zdjęć poprzednich:). Nie jest to mój piekarniczy pierwszy raz, ale uprzedzam, że nie jestem wytrawną znawczynią chlebów, ani tym bardziej doświadczoną piekarką (właśnie, czy istnieje żeńska forma słowa piekarz?:). Na warsztat wybieram niezbyt skomplikowane przepisy, choć zawsze są to receptury na pieczywo na zakwasie. Mimo wielu zalet, pieczywo na drożdżach zawsze będzie u mnie na drugim miejscu.


Pieczenie chleba zaliczam do jednej z fajniejszych "kuchennych aktywności". Potrzeba do tego sporo czasu i przede wszystkim cierpliwości i wyczucia, ale nie ma większej frajdy niż obserwowanie jak coś, co przed chwilą było właściwie tylko wodą i mąką, zamienia się w pękaty, okrąglutki i chrupiący chlebuś. Oprócz tego pieczenie chleba niesamowicie odpręża - tu nie ma miejsca na pośpiech, nie można pójść na skróty, wszystkie czynności mają swoją kolej. Święcie wierzę, że zakwas to stworzenie żywe i, jak większość żyjątek, lubi, jak się go pogłaszcze, przytuli, połechce. Dlatego ja do swojego mówię, dogadzam, zachęcam go do wzrostu i mimo, że ma tylko kilka miesięcy, chleby wyrastają na nim pięknie. Ba! Kiedyś zapomniałam o nim na ładnych  parę tygodni, ale trochę mąki i wody, a do tego dużo ciepłych słów i stał się cud - zakwas po kilku dniach ożył. Dobra rada ciotki Natalii - dbajcie o swoje zakwasy, jak o własne dzieci, opiekujcie się nimi troskliwie, a odpłacą się Wam po stokroć :)

Kilka słów o dzisiejszym chlebie: przepis widziałam kiedyś u Trufli (piękny wpis i piękne zdjęcia), niedawno przypomniała mi o nim w swoim blogu Bea. Mimo nazwy, wcale nie jest on ciemnym chlebem, owszem, nie jest tak jasny jak pszenne wypieki, ale daleko mu do ciężkich i kwaśnych razowców. Jego smak jest delikatnie kwaskowy, jednak zaliczyłabym go do lżejszych chlebów. Mój bochenek upiekłam w garnku żeliwnym i dołączam do grona fanów pieczenia tą metodą - chleb z garnka jest idealnie okrągły, o grubej, chrupiącej skórce i nawet to, że zapomniałam go naciąć, nie zaszkodziło mu, a wręcz przeciwnie - dzięki pieczeniu w żeliwie apetycznie popękał. Chleb nie należy do trudnych i mimo, że ciasto trochę się klei, nie sprawił mi żadnego problemu.


Ciemny żytni chleb śląski
(przepis z książki Daniela Leadera "Local Breads", wzięłam pod uwagę rady podane przez Patrycję z Trufli)

Zaczyn:
  • 50 g dokarmionego 10-24 godziny wcześniej zakwasu żytniego
  • 75 g letniej wody
  • 75 g mąki żytniej - pół na pół sitkowa z razową
Zakwas wymieszaj z wodą, dodaj mąkę i wymieszaj (powstanie gęsta masa). Szczelnie przykryj folią i odstaw na 8-12 godzin (najlepiej na noc) w temperaturze pokojowej.

Ciasto właściwe:

  • 200 g przygotowanego wcześniej zaczynu
  • około 280-300 g wody (w oryginale 350 g)
  • 350 g mąki pszennej chlebowej
  • 150 g mąki żytniej razowej
  • 1/2 łyżeczki drożdży instant (w oryginale 1 łyżeczka)
  • 10-12 g miałkiej soli

1. Zaczyn dokładnie wymieszaj z wodą, dodaj drożdże, wymieszaj. Mąkę wymieszaj z solą, dodaj do zaczynu i wyrób ciasto - ręcznie trwa to około 10 minut. Ciasto będzie gładkie, ale lepkie.
2. Przełóż ciasto do naoliwionej miski, przykryj szczelnie folią i odstaw do wyrośnięcia na około 2-2,5 godziny, aż ciasto podwoi objętość. Dobrze jest co 40-50 minut złożyć ciasto (tu instrukcja, jak to zrobić). 
3. Przełóż wyrośnięte ciasto na lekko wysypany mąką blat, uformuj okrągły bochenek i przełóż do wyłożonego mocno umączoną ściereczką koszyka do wyrastania chleba lub naczynia - ja posłużyłam się szerokim durszlakiem.
4. Przykryj naczynie z chlebem folią (tak, aby nie dotykała ciasta, ja na tym etapie używam foliowego worka) i zostaw do wyrośnięcia na około 1,5 godziny (znów ma podwoić objętość).
5. Około 40 minut przed pieczeniem nagrzej piekarnik do 240°C (grzanie góra-dół) razem z blachą, na której będzie pieczony chleb lub garnkiem żeliwnym razem z pokrywką (w którym piekłam ja). Jeśli pieczesz na blasze, włóż do piekarnika również żaroodporne naczynie lub małą foremkę z wodą, która utworzy parę.
6. Wyrośnięty bochenek przełóż szybko na rozgrzaną blachę i natnij w kilku miejscach żyletką. Jeśli pieczesz w garnku żeliwnym, przełóż chleb do gorącego garnka i szybko przykryj nagrzaną pokrywką. Wstaw blachę/garnek do piekarnika.
7. Piecz chleb około 12-15 minut, po czym obniż temperaturę do 200-220° i piecz jeszcze około 30 minut. Jeśli używasz garnka, zdejmij pokrywkę na 15 minut przed upływem czasu pieczenia. Wystudź dokładnie na kratce.


...oczywiście nie wytrzymałam i przekroiłam chleb jeszcze ciepły, Wam jednak radzę uzbroić się w cierpliwość i zrobić zgodnie ze sztuką, czyli poczekać do całkowitego ostudzenia bochenka.


2013/06/11

Teraz Polska! Jogurtowe ciasto z truskawkami i cytrynowym lukrem.

Nie będę oryginalna i napiszę to, co większość z Was czytała pewnie na innych blogach kulinarnych, bo zdaje się to najpopularniejszy temat - pojawiły się polskie truskawki. Nareszcie! Wyglądają jak biedniejsze krewne koleżanek z zagranicy (czyli olbrzymich i pięknych owoców z Włoch czy Hiszpanii), ale są nasze, polskie, najlepsze! I co z tego, że w tym roku ich smak pozostawia wiele do życzenia, że nie są zgrabne i czerwoniutkie. Mają w sobie to coś, co odurza i każe kupować kolejny kilogram. Tylko co zrobić, jeśli się ma w lodówce kobiałkę i kolejną w drodze? Na konfiturę to trochę za mało (bo jak smażyć, to po maksie - z co najmniej 10 kilo), więc oprócz jedzenia "na surowo" i dodawania do śniadaniowych smoothies, upiekłam z nimi nieskomplikowane ciasto. Tak na początek, na inaugurację sezonu. Wilgotne, maślane, bez udziwnień, rzekłabym nawet - podstawowe, zwykłe. Ale właśnie takie zwykłe i proste smakuje najlepiej :)


Przepis na to ciasto znalazłam kiedyś u Cukrowej Wróżki (klik). Pamiętam, że miałam wtedy diabelną ochotę na zrobienie czegoś słodkiego, bo często napada mnie nieprzeparta chęć nie tyle na zjedzenie czegoś, ale właśnie na samo pichcenie, dla mnie to najlepszy relaks! W lodówce znalazłam garstkę mrożonych truskawek, trzy jajka i przeterminowany jogurt, który jednak dzielnie się trzymał, jakby przeczuwał, że czeka go rola życia:) Po wpisaniu tych składników do googla, drogą selekcji (główne kryterium: fajny blog i fajne zdjęcie), wybrałam poniższy przepis. Od tego czasu ciasto często gości na moim stole - zimą wykorzystuję do niego mrożone owoce, latem najchętniej nie kombinuję i robię je ze świeżymi truskawkami. Placek pięknie wyrasta (trzeba tylko pamiętać, żeby składniki były w temperaturze pokojowej), ma przyjemny waniliowo-maślany aromat, najlepiej smakuje jeszcze lekko ciepły. Bardzo polecam!


Jogurtowe ciasto z truskawkami i cytrynowym lukrem

(przepis stąd, z drobnymi zmianami)

Składniki (proporcje na średnią keksówkę):
  • 1 1/3 szklanki mąki pszennej
  • 4 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 160 g masła lub margaryny do pieczenia (ja daję 100 g masła i 60 g margaryny)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej (lub mały cukier wanilinowy)
  • 3 jajka 
  • 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
  • 250-350 g truskawek (mrożonych nie rozmrażać)
  • trochę mąki do obtoczenia owoców
Lukier
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • kilka kropel soku z cytryny
  • kilka kropel wrzątku
Sposób wykonania:
1. Wszystkie składniki wyjmij odpowiednio wcześniej, żeby osiągnęły temperaturę pokojową.
2. Truskawki umyj, odszypułkuj, lekko osusz, większe podziel na połówki, obtocz delikatnie w łyżce-dwóch mąki, odstaw (jeśli używasz mrożonych owoców, obtocz je tylko w mące).
3. Wymieszaj w miseczce przesiane mąki z proszkiem do pieczenia i solą, odłóż na bok.
4. W osobnym naczyniu zmiksuj tłuszcz z cukrem, esencją (lub cukrem wanilinowym) na gładką, jasną masę.
5. Dalej miksując, dodawaj po kolei jajka, po dodaniu każdego dobrze zmiksuj masę.
6. Dodaj jogurt i wymieszaj wszystko łyżką.
7. Dodaj suche składniki i wymieszaj dokładnie, aż ciasto będzie jednolite, bez grudek mąki.
8. Wyłóż ciasto do natłuszczonej i wysypanej mąką lub bułką tartą foremki.
9. Na wierzch wyłóż truskawki (jedna warstwa, owoce mają być ułożone dość ciasno), wciskając je nieco w ciasto.
10. Piecz 60-70 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st. C, do tzw. suchego patyczka. Po upływie czasu pieczenia wyłącz piekarnik, ale ciasto wyjmij dopiero po kilku minutach. 
11. Kiedy ciasto jest ostudzone, ale jeszcze trochę ciepłe, przygotuj lukier: w miseczce utrzyj cukier puder z kilkoma kroplami soku z cytryny i wrzątku, aby cukier zyskał płynną, jednak niezbyt rzadką konsystencję.
12. Wyjmij ciasto z foremki i polukruj.
13. Nie czekaj, aż ciasto będzie zupełnie ostudzone, ukrój kawałek i zjedz czym prędzej :)



2013/06/06

Ogrzej się. Kotlety wieprzowe w calvadosie na purée z pieczonym czosnkiem.

Jest czerwiec. Muszę sobie to głośno i często powtarzać, bo inaczej nie wierzę. Pogoda za oknem wskazuje bardziej na listopad, niż na początek lata, przeprosiłam się ze swetrami, które już-już miałam chować na dno szafy, zastępując je kusymi fatałaszkami. Nie ma co, jest.... fatalnie (choć na usta ciśnie się bardziej wyszukane słowo).
W związku z szaroburą aurą i równie szaroburym nastrojem, proponuję rozgrzewacz i pocieszacz w jednym - pyszne kotlety wieprzowe w sosie z nutą calvadosu, na ziemniaczkach utłuczonych z pieczonym czosnkiem, z jabłkami i sałatą. Do tego kieliszek dobrego wina (a najlepiej kilka - w końcu to pocieszacz, prawda? :) i świat nabiera barw! 

Danie zrobiłam jakiś czas temu, kiedy z kolei słońce świeciło niemiłosiernie, co zresztą widać na poniższych obrazkach. To też przykład na to, jak fotografuje się jedzenie, kiedy czekają na nie goście... Robienie zdjęć połączone ze ściąganiem obrusa, próbą ułożenia wszystkiego, żeby "jakoś" wyglądało i pośpiech, bo przecież stygnie i wszyscy głodni, nie jest najmądrzejszym posunięciem. Mimo wszystko, dziękuję mojemu K. za pomoc i niezwykłą cierpliwość (bo ja na jego miejscu zabiłabym takie jęczadło jak ja jeszcze przed przystawką:)


Kotlety wieprzowe w calvadosie na purée z pieczonym czosnkiem

Kotlety podałam z plastrami jabłka i roszponką z musztardowym winegretem

Składniki na 4 osoby:


Purée
  • 800 g ziemniaków
  • 4 ząbki pieczonego czosnku
  • łyżka masła
  • kilka łyżek mleka
  • sól, pieprz
Ugotuj ziemniaki do miękkości w osolonej wodzie, odcedź, dodaj czosnek wyłuskany z łupin (czosnek można upiec przy okazji "włączonego piekarnika", kiedy na przykład pieczesz kurczaka czy ciasto) oraz masło i około 3-4 łyżek mleka, ubij wszystko tłuczkiem na gładkie purée, dodając mleka, jeśli jest zbyt suche.

Kotlety
  • 4 kotlety wieprzowe z kością (około 3 cm grubości)
  • sól, pieprz
  • łyżeczka oleju z pestek winogron lub innego o neutralnym smaku
Sos
  • 3-4 szalotki
  • 4 łyżki calvadosu
  • 130 ml naturalnego soku jabłkowego
  • 150 ml śmietanki 30%

W czasie, kiedy gotują się ziemniaki, posól i popieprz mięso, kolejno ułóż je na mocno rozgrzanej patelni z łyżeczką oleju. Smaż po 5-7 minut z każdej strony, po czym przełóż na talerz i przykryj, aby zbytnio nie wystygły. Na tę samą patelnię włóż posiekane w piórka szalotki i podsmaż je kilka minut do miękkości. Dolej calvados (uwaga, będzie pryskać!) i poczekaj 2 minuty, aż alkohol odparuje. Dodaj sok jabłkowy i wymieszaj powstały sos, następnie dolej śmietankę i gotuj kilka chwil, aż sos zgęstnieje.

Jabłka
  • 1 spore jabłko
  • łyżeczka masła

Podczas gdy mięso się smaży, przygotuj drugą patelnię, pokrój jabłko poziomo na plastry grubości około 7 mm i podsmaż je z obu stron na maśle, aby lekko zmiękły. Trzymaj jabłka na ciepłej patelni, żeby nie ostygły.

Roszponka z musztardowym winegretem
  • 3 duże garście roszponki
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżeczki musztardy ziarnistej
  • 2 łyżeczki  octu z białego wina
  • sól, pieprz

Zmieszaj wszystkie składniki sosu, popieprz i posól jeśli trzeba, wymieszaj z sałatą.

Na talerzach rozłóż purée, połóż na nim po kawałku mięsa, udekoruj jabłkiem i polej sosem. Podawaj z roszponką.
Do kotletów polecam podać wytrawne czerwone wino, najlepiej dojrzałe, z leśnymi aromatami, które pięknie podkreślą smak wieprzowiny.