2013/01/01

Po pierwsze - eksperymentalnie.

3... 2...1... jest!! Pierwszy dzień Kolejnego Roku, pierwsze realizowane postanowienie noworoczne, którym jest ten (pierwszy!) blog, pierwszy post, a w nim pierwsza próba zmierzenia się z przepisem kulinarnego eksperymentatora Hestona Blumenthala. Jednym słowem, eksperyment na całej linii! Trzymajcie za mnie kciuki, aczkolwiek nie za długo, bo wolne ręce przydadzą się Wam do obierania, krojenia, gotowania i smażenia. Czego? Poczciwych ziemniaków, z których powstaną obłędne... FRYTKI.

Być może na pierwszy wpis powinnam wybrać bardziej wysublimowane danie i zaskoczyć Was niepowtarzalnym zestawieniem smaków, porazić feerią barw na talerzu, na którym jarmuż poganiałby topinambur, a pasternak w formie chipsów mrugałby zalotnie do kaczki sous-vide, okraszonej molekularnym twistem. Przyjdzie czas i na takie wynalazki (no, może poza zabawami z ciekłym azotem:), natomiast dzisiejszym bohaterem i pierwszą gwiazdą mojego bloga czynię (nie)zwykłego ziemniaka, którego za pomocą kilku sztuczek można zamienić we Frytki. Przez wielkie F.

O co tyle hałasu, spytacie. Czy to aby nie przesada doktoryzować się nad kawałkiem obsmażonego kartofla? A no nie przesada. Nie dla mnie, osoby, która frytki kocha miłością nieskończoną, jednak postanowiła zakończyć poszukiwania najlepszego domowego sposobu ich produkcji. Tak, produkcji, bo jak inaczej nazwać smażenie frytek  w oparciu o przelicznik: 1 moja osoba = 1 kg ziemniaków = 1 posiedzenie, gdzie osób jest więcej, niż jedna? Ale, wróćmy do frytkowego sedna. Przepis Hestona z programu How To Cook Like Heston (klik) zaintrygował mnie jakiś czas temu, odłożyłam go na bok (przez ten okres zadowalałam się frytkami "na mieście"), aż natknęłam się na niego ponownie podczas porannej prasówki blogowej (blogówki?:) na Gotuje, bo lubi. I już wiedziałam, że nastał TEN moment, żeby sprawdzić, czy obiecanki Hestona mają pokrycie w rzeczywistości. Dla mnie jak najbardziej mają - frytki przyrządzone wyprodukowane zgodnie ze wskazówkami są złociutkie, chrupiące, o kremowym, iście ziemniaczanym wnętrzu, nie robią się gumowate po kilku minutach, wręcz przeciwnie - do ostatniego kęsa cieszą zmysły porządnym chrrruuup! (mmm, ten dźwięk!!). Jedyną rzeczą, która sprawia, że nie robię tych ziemniaczanych cudów codziennie, to czas, jaki należy poświęcić, aby frytkowa orgia mogła się w ogóle odbyć. Mimo wszystko, 4 godziny to dość sporo... choć warto!



Żeby podjąć się eksperymentu przemiany szarego ziemniaka w złotą frytkę, potrzebne są:
  • ziemniaki (najlepiej odmiana żółta, np. denar lub lord, rodzaj ziemniaków naprawdę ma znaczenie)
  • olej (na 1 kg ziemniaków 1 litr oleju)
  • sól plus inne dodatki wedle uznania
  • duuużo czasu oraz przestrzeni w zamrażalniku

Cała zabawa polega na potrójnej obróbce cieplnej ziemniaków. 

Raz - pokrojone na dość grube słupki ziemniaki płuczemy pod zimną wodą, aby pozbyć się części skrobii, wkładamy do garnka, zalewamy zimną wodą, dodajemy łyżeczkę soli i gotujemy przez 20 minut (liczone od postawienia na gaz/prąd). Kolejno, ziemniaki odsączamy, osuszamy na kratce, studzimy i wkładamy do zamrażalki na godzinę (dobrze to zrobić na tackach, tak, by frytki  tworzyły pojedynczą warstwę),

Dwa - po godzinie nagrzewamy olej do średniej temperatury (ok. 160 st. C) i obsmażamy frytki, aby na ich powierzchni powstała cienka, lecz wciąż blada skórka. Znów odsączamy, studzimy, mrozimy przez godzinę,

Trzy - rozgrzewamy olej do wysokiej temperatury (ok. 180 st. C) i smażymy zamrożone frytki na złoto.


Raz, dwa, trzy... i mamy pyszne, chrupiące frytki. Do tego trochę soli, towarzysz w postaci soczystego steku lub burgera, choć i bez pary są genialne,... i jesteśmy w niebie. Frytkowym niebie :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz