2013/02/14

Czekoladowa chemia. Najszybszy mus czekoladowy z dwóch składników.

Dziś Walentynki. Dzień cukrowych serduszek, czerwonych, półmetrowych róż, kolacji przy świecach i akompaniamencie łzawych ballad, przewracania oczami na widok par wręczających sobie grające kartki. Tak Walentynki wyglądają z mojej perspektywy. Jestem zgorzkniałą babą? A może i jestem, ale jednodniowe pseudo-święto pod szyldem "Aj law ju" zupełnie do mnie nie przemawia, wręcz śmieszy. Co innego miłość. Jeśli się w nią wierzy i przy odrobinie szczęścia spotka, to każdy dzień jest jej świętem, wyrażonym w porannych uśmiechach, błysku w oku, muśnięciach, pocałunkach, drobnych gestach. Brzmi banalnie. Ale chyba o wiele bardziej banalne jest reklamowanie miłości przy pomocy pluszowego kiczu. 


Dziś zachęcam Was do zrobienia takiego małego gestu, sprawienia komuś lub sobie (w końcu najważniejsze, to kochać siebie!) niepozornej na pierwszy rzut oka przyjemności - musu czekoladowego. Przepis jest z serii eksperymentalnych, ale też niemożliwie łatwych. Dodatkowo, receptura nie zawiera takich klasycznych składników musu jak żółtka i śmietanka, więc można go określić jako dietetyczny :) Do przygotowania pysznego i eleganckiego deseru potrzebujecie tylko wody i czekolady. Tak, dobrze przeczytaliście, tylko dwa składniki, kilka minut i jesteście w niebie. Czekoladowym. 
Przepis jest autorstwa francuskiego chemika Hervé This'a, na warsztat wziął go również inny kuchenny eksperymentator, Heston Blumenthal. Tajemnica puszystości musu tkwi w szybkim rozbiciu cząsteczek wody na mniejsze... ale dla mnie to czarna magia. Chemiczne aspekty pozostawiam naukowcom, natomiast mi wystarczą wrażenia smakowe. Z drugiej strony, ponoć miłość to chemia, zaś jeśli zrobicie taki mus bliskiej osobie, na pewno serce zabije jej mocniej :)





Mus czekoladowy dwuskładnikowy
(źródło przepisu klik)

Składniki (2 porcje)

  • 132 g gorzkiej czekolady o zawartości kakao min. 70%
  • 120 ml wody
  • ewentualnie trochę cukru, jeśli stwierdzicie, że smak czekolady jest dla Was zbyt wytrawny
Sposób wykonania:
1. Do rondelka wlej wodę, dodaj do niej połamaną na kawałki czekoladę (i cukier, jeśli go używasz), podgrzewaj na średnim ogniu mieszając delikatnie, aż czekolada się rozpuści.
2. Przygotuj miskę lub nieco większy garnek od rondelka, w którym rozpuszczałeś czekoladę, wlej do niego zimną wodę.
3. Rondelek z rozpuszczoną czekoladą przełóż do garnka z zimną wodą i ubij czekoladową masę trzepaczką lub mikserem z końcówka do miksowania. UWAGA - zmiksowanie czekolady do dobrej konsystencji wymaga trochę wyczucia, mus łatwo można "przebić" i będzie miał on konsystencję bardzo gęstej, zbitej masy, którą trudno będzie przełożyć do pucharków/miseczek. Jednak bez obaw, jeśli się to zdarzy, wystarczy masę jeszcze raz podgrzać, potem ponownie przełożyć do zimnej wody i ubić jeszcze raz. Ponieważ robiłam to 4-krotnie, radzę Wam przestać miksować po około 30 sekundach - masa będzie napowietrzona, ale płynna, łatwo ją wtedy przelać do naczyń, w którym chcemy podawać mus i gwarantuję, że po kilku minutach zmieni konsystencję na odpowiednią.
4. Po przełożeniu gotowego musu do naczyń, od razu podawaj. Jeśli chcesz, możesz posypać go płatkami soli lub ziarenkami granatu, podać z sosem malinowym, owocami, z kleksem bitej śmietany - możliwości jest bez liku!





2013/02/07

Last minute. Pieczone bananowe pączki z dziurką.

Znów robię wszystko na ostatnią chwilę. Odkładam zaplanowane czynności "na potem", aż zbiera się z tego wielki wór i czasu na wykonanie wszystkiego oczywiście braknie. Cenne chwile trwonię na głupoty. Potem przychodzi moment, kiedy trzeba dokonać selekcji, oddzielić superważne od superhiperważnego i mieć nadzieję, że terminy nie tylko dla mnie są sprawą elastyczną...
Trzy dni zwolnienia lekarskiego, 5 całych dni (dodając weekend) siedzenia w domu i... nie moi drodzy, nie 5 długich dni byczenia się, co to, to nie! 5 dni spędzonych na kurowaniu się, nadrabianiu serialowych zaległości (polecam Girls i Magic city), gotowaniu i pieczeniu to jak 5 dni wytężonej pracy, tyle, że w milszych, bo domowych, warunkach. Efekt? Nie licząc worków pod oczami (ach te wciągające seriale!), pierwszy chleb na zakwasie upieczony, sterta własnoręcznie ulepionych pierogów mrozi się w lodówce,  więc jest nieźle. Czyżbym jak nigdy wyrobiła się z planem? No tak, plan - oprócz chleba i pierogów, na liście była jeszcze praca domowa z francuskiego, pranie, porządki w spiżarni, wpis o pączkach... Czyli jak zwykle - nie wyrobiłam się ze wszystkim, nawet plan, ograniczony przez chorobę do minimum, pozostaje niewykonany. Może jednak odznaczę jeszcze jedno zadanie? Tak dla spokoju sumienia. A ponieważ jest Tłusty Czwartek, wybór jest oczywisty - zapraszam na pieczone bananowe pączki z dziurką. Pączki last minute.

Nazwałam je pączkami, choć w rzeczywistości nimi nie są, jeśli oczekujecie, że będą smakować jak smażone pączki, to muszę Was rozczarować - nie mają tej pysznej skórki i faktury ciasta smażonego w głębokim tłuszczu, ale są ciekawą (i mniej kaloryczną) wersją tłustoczwartkowych słodkości. Nie musicie też tydzień wietrzyć mieszkania :) Oponki z ciasta z przepisu są mięciutkie, puszyste i sprężyste, dodatek banana, poza ciekawym, delikatnym posmakiem, sprawia, że są wilgotne i smaczne nawet kolejnego dnia. Warto udekorować je polewą lub obtoczyć w cukrze - zyskują wtedy charakter i prawdziwie "pączkowy look" :)


Pieczone bananowe pączki z dziurką (oponki)

Składniki (z podanych proporcji wyszło mi 14 sztuk i tyle samo małych pączusiów):

  • 150 ml ciepłego mleka
  • 1  łyżeczka drożdży instant
  • 1  łyżka rozpuszczonego masła
  • 80 g cukru
  • 1 jajko
  • 2 średnie bardzo dojrzałe banany 
  • 450 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 szczypty świeżo startej gałki muszkatołowej
Sposób wykonania:
1. W ciepłym, lecz nie gorącym mleku rozpuść drożdże (jeśli używasz świeżych, zrób najpierw rozczyn), odstaw na kilka minut, po czym dodaj rozpuszczone masło, cukier, roztrzepane jajko, wymieszaj.
2. Banany rozgnieć dokładnie widelcem.
3. W dużej misce wymieszaj przesianą mąkę z solą i gałką, dodaj mokre składniki oraz rozgniecione banany, wymieszaj dobrze, następnie wyrób elastyczne ciasto (świetnie radzi sobie z tym miksem z hakiem, choć ja wyrabiałam ręcznie). Ciasto będzie miękkie, tylko trochę klejące się do rąk, jeśli mocno się lepi, dosyp mąki. 
4. Przykryj miskę z ciastem i odstaw w ciepłe, nieprzewiewne miejsce na około godzinę (do podwojenia objętości ciasta).
5. Po tym czasie wyjmij ciasto na obsypany mąką blat lub stolnicę, lekko wyrób i rozciągnij lub rozwałkuj na placek o grubości ok. 15 mm.
6. Wykrawaj szklanką kółka, w każdym kółku mniejsze (np. kieliszkiem). Tak powstałe oponki przełóż na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zachowując kilkucentymetrowe odstępy. Powstałe po wykrawaniu kieliszkiem środki oponek również przełóż na blachę - te maluszki są idealne na jeden kęs :) 
7. Przykryj blachy bawełnianą ściereczką i odstaw do ponownego wyrośnięcia na 45 minut.
8. Piecz 8 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C. Po wyjęciu z piekarnika zostaw pączki kilka minut na blasze. Uwaga - oponki będą blade, nie przedłużaj czasu pieczenia z nadzieją, że będą rumiane jak smażone pączki.




Udekoruj pączki, jak tylko podpowiada Ci fantazja, oto kilka moich pomysłów:

 - otoczka z cynamonowego cukru (najlepsza do małych kuleczek) - roztop 2, 3 łyżki masła. 3-4 łyżki drobnego cukru (grubszy będzie nieprzyjemnie chrzęścił w zębach, ja mój cukier "pomęczyłam" kilka chwil w moździerzu) wymieszaj z łyżeczką cynamonu. Jeszcze ciepłe pączusie zanurzaj na sekundę w maśle i szybko obtaczaj w przygotowanym cukrze,

 - polewa z masła orzechowego - kilka łyżek masła orzechowego (miałam własnoręcznie ukręcone z kawałkami orzechów) lekko podgrzej z łyżeczką masła i kilkoma łyżkami mleka, aby konsystencja pozwoliła oblać pączki (z czasem polewa zastyga),

- polewa czekoladowa - pół tabliczki dowolnej czekolady (u mnie 50/50 mleczna i gorzka) rozpuść z łyżeczką golden syrupu lub płynnego miodu i kilkoma łyżeczkami mleka, oblej pączki. Zanim polewa zastygnie, posyp oponki posypką lub posiekanymi orzechami (np. pistacjami, orzechami włoskimi, laskowymi...)



2013/02/03

Na zdrowie! Łosoś teriyaki z makaronem soba z miso i sałatką

Mało się dzieje na blogu, ale mam usprawiedliwienie, które, zaręczam, nie ma podrabianego podpisu ani nie jest bujdą na resorach. Praca i choroba. Tak proszę Państwa, nie trzęsienie ziemi, nie niezapłacone rachunki za prąd, nie pogrzeb babci (tfu tfu, odpukać!), nic z tych wymyślnych i łzawych historyjek. Dopadły mnie nadgodziny, przez które wracałam do domu prawie w nocy, a potem (chyba z tego przepracowania) wzięły w obroty wirusy i teraz smarkam i kaszlę. Jak w takich okolicznościach gotować, robić zdjęcia, pisać i publikować? Ano nijak! Od śmierci głodowej ratują mnie (czy może nas, bo z K. kaszlemy i smarkamy na dwa głosy) topniejące zapasy spiżarni, z których wielkich (czytaj: oryginalnych i fotogenicznych) cudów nie ukręcę, wobec czego pichcę tylko na papierze, notując kulinarne zachcianki i pomysły. Jeśli tych zapisków nie zapodzieję, to mam nadzieję, że niedługo będzie się działo!


Dzisiejszy wpis dotyczy kolacji sprzed tygodnia, kiedy jeszcze byliśmy pełni życia, tryskający energią, radośni, piękni… no dobra, po prostu byliśmy zdrowi i nasze nosy nie świeciły jak diody. Łosoś teriyaki, gryczana soba z pastą miso, sałatka z japońskiej rzodkwi i marchewki. Superzdrowe, superdobre, superłatwe, jestem pewna, że gdyby teraz ktoś zaserwował mi taki zestaw, ozdrowiałabym po pierwszym kęsie :)


Łosoś teriyaki z makaronem soba i chrupiącą sałatką z daikonu i marchewki

Składniki (na 2 porcje)

Łosoś:
  • 2 kawałki filetu z łososia (po około 150-250 g)
  • 2 ząbki czosnku
  • 3-4 cm korzenia imbiru
  • 2 łyżki sake
  • 2 łyżki octu ryżowego
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki ciemnego brązowego cukru
Makaron
  • 150 g makaronu gryczanego soba
  • 1 łyżka pasty miso (białej)
  • 2 łyżeczki soku z limonki
  • 2 łyżki dymki (zielona część)
Sałatka
  • 1 daikon (biała rzodkiew)
  • 1 marchewka
  • 2  łyżeczki oleju sezamowego
  • 2 łyżeczki octu ryżowego
  • 1 łyżeczka soku z imbiru (wystarczy wycisnąć trochę podczas tarcia imbiru do marynaty do łososia)
  • szczypta cukru
  • ½ łyżki uprażonych ziaren sezamu (pięknie będzie wyglądał czarny)

Do przybrania posiekana dymka, ostra papryczka, cząstki limonki, ziarna sezamu.


Sposób wykonania:
1. Przygotuj łososia – w pojemniku lub misce połącz przeciśnięty przez praskę czosnek, starty korzeń imbiru (wyciśnij z niego łyżeczkę soku, która przyda się później do dressingu do sałatki), sake, ocet ryzowy, sos sojowy  i cukier. Wymieszaj dobrze. Włóż kawałki ryby, przewróć kilka razy tak, aby płyn dokładnie je pokrył, przykryj i odstaw do lodówki lub w chłodne miejsce na minimum 30 minut. Łososia możesz upiec w piekarniku (190 st. C, 10-15 minut w zależności od grubości i wielkości ryby) lub usmażyć na patelni. W obu przypadkach polewaj filety marynatą, która ładnie się skarmelizuje.

2. Przygotuj sałatkę – wymieszaj w miseczce olej, ocet, sok z imbiru i cukier, odstaw. Obierz daikon ze skórki za pomocą obieraczki. W dalszym ciągu używając obieraczki, pokrój warzywo na długie i cienkie paski („obierki”). Włóż do miseczki, lekko posól i odstaw na 10 minut, alby rzodkiew puściła wodę. Po tym czasie przepłucz rzodkiew zimną wodą i dobrze odciśnij. Przełóż do miski. Obierz marchewkę i z pomocą obieraczki zrób z niej podobne paski jak w przypadku daikonu. Przełóż do rzodkwi, dodaj sos i dobrze wymieszaj. Na koniec dodaj uprażone ziarna sezamu.

3. Przygotuj nudle – w miseczce wymieszaj pastę miso z sokiem z limonki. Ugotuj makaron gryczany według przepisu na opakowaniu, odcedź zachowując trochę wody z gotowania. Gorący makaron wymieszaj z miso (jeśli będzie za suche, dodaj trochę wody), na koniec dodaj posiekaną dymkę.

Upieczonego (usmażonego) łososia podawaj z nudlami, sałatką i cząstkami limonki, dodatkowo możesz wszystko posypać dymką i pokrojoną ostrą papryczką. Smacznego!